16 różnych samochodów, 16 dni, 5000 km, 10 przejechanych krajów, 50 obcych sobie osób z różnych rejonów Polski, różne oczekiwania, różny wiek, różne doświadczenie, wspólna pasja: off road, zamiłowanie do motoryzacji i chęć spędzenia urlopu w sposób inny niż statystyczny człowiek.
Czy to wszystko może oznaczać udane wakacje? Zależy co dla kogo oznaczają udane wakacje. Ile osób tyle zdań, jeden spędza wakacje remontując mieszkanie, inny na wsi u babci, jeszcze inny na luksusowym jachcie, ktoś w hotelu, inny na kwaterze, kolejny pod namiotem czy w domu. To wszystko jest nie ważne, ważne jest to co komu sprawia przyjemność i ważne by ta osoba była zadowolona ze swoich wyborów. Dla każdego coś innego.
Wakacje, podróż, wyjazd, wyprawa, trip? Co za różnica jak to nazwiemy? Ważne jak to przeżyjemy i co z tego wyniesiemy.

„Podróż to jedyna rzecz na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi”

Ja z tego wyjazdu wyniosłem dużo, nowej wiedzy, nowych doświadczeń, nowych wspomnień i nowych znajomości.
Jedno jest pewne, nie były to wakacje all inclusive z dużym biurem podróży. Nie były to wakacje gdzie wszystko mamy podane na tacy, gdzie ktoś odbierze nas z lotniska i gdzie o nic nie musimy się martwić. Tu trzeba było się martwić o wszystko. Od pożywienia, przez nocleg po środek lokomocji. Nie miałeś odpowiednio dużo jedzenia, albo chodziłeś głodny albo ktoś podzielił się swoim – bywało, że do najbliższego sklepu było 40 km przez góry czyli jakieś 2-3 godziny jazdy. Nie rozłożysz sobie namiotu? Albo śpisz w aucie, albo w hamaku jeśli go masz. Awaria samochodu? Tu nie zadzwonisz po asistance, w przypadku awarii musieliśmy liczyć na siebie nawzajem. Tu wypadliśmy wzorowo, nie tylko pomagaliśmy sobie nawzajem, pomocy udzielaliśmy również lokalesom. Stojący nad przepaścią bus z rozerwaną oponą, zawieszony na własnym haku samochód czy motocyklista z Polski któremu zabrakło paliwa po środku Gór Przeklętych.

Pierwsze spotkanie miało być na granicy Polski i Słowacji, tu grupa miała się spotkać i wspólnie wyruszyć po przygodę, mijając po drodze Węgry, Serbię, Czarnogórę by dotrzeć do słonecznej Albanii. Razem spędzić mieliśmy 11-12 dni, potem każdy miał ruszyć w swoją stronę. Ale czy się spotkaliśmy i czy każdy ruszył w swoją stronę?
Wyjazd z granicy miał być z samego rana w piątek. Część osób w piątek musiała się jeszcze pokazać w pracy, my wystartowaliśmy z Warszawy w piątek o 13-tej więc mieliśmy 400 km i 5 godzin straty już na starcie.
Po małych problemach technicznych z pasami mocującymi bagaże na dachu ruszyliśmy z 30 minutowym poślizgiem.
Dzień bez przygód, przynajmniej dla nas. Jedna ekipa z pod granicy Serbii wracała po dokumenty. Gdy większość smacznie spała w deszczową noc w namiotach, my jeszcze jechaliśmy i pewnie gdzieś mijaliśmy wracających po dokumenty :). Na nocleg dotarliśmy o 3 w nocy, więc w deszczu o rozbiciu namiotu nawet nie myśleliśmy. Nocka w samochodzie też ujdzie, jest przecież elementem przygody 😉
Rano nie było czasu na poznawanie współtowarzyszy podróży, szybkie ogarnięcie się i ruszamy w kierunku granicy. Przed granicą Węgier i Serbii zaskoczenie…. korek i plotki że to jakieś 2-3 godziny stania? Trochę lepiej było na granicy Serbii i Czarnogóry. Stanie na granicy miało duże plusy, prawie każdy wychodził z samochodu, można więc było nawiązać nowe znajomości 🙂

Stojąc na granicy Czarnogóry jeszcze nie wiedzieliśmy, że tuż za granicą czekała na nas zupełnie inna rzeczywistość. Czekało na nas w sumie to, po co przyjechaliśmy, lecz nikt z nas nie spodziewał się, że to będzie już 🙂

http://laura4x4.pl/wp-4iks4/gdzie-slyszysz-spiew-tam-wchodz/


1 Komentarz

kaha · 31 sierpnia 2019 o 17:43

Mam na mysli to….że hamak mnie przekonał:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *