Zimowe wieczory to najlepsza pora na odpoczynek. Padający za oknem śnieg i atmosfera domu pełnego ciepła i dźwięków sprawiają, że oddajemy się przeróżnym marzeniom – wiadomo, nie zawsze realnym. Rankiem przeważnie zapominamy o wszystkim, jesteśmy wypoczęci, a co za tym idzie – mózg nasz pracuje trzeźwiej. Kiedy jednak następnego dnia tkwimy w słuszności wieczornych urojeń, bądźmy pewni – jest to znak, ze nad sprawą warto pomyśleć, nawet jeśli wszystko wydaje się kompletną bzdurą, po prostu w myśl zasady, że tylko to, co na pozór głupie i szalone, jest naprawdę cokolwiek warte…

Romuald Koperski – Pojedynek z Syberią

 

 

Pierwszy dzień w Rumuni był naszym w sumie drugim dniem wycieczki. Pierwszy to pakowanie i sama dojazdówka do celu.
Jadąc nocą przez Bieszczady warto pomyśleć o wcześniejszym zatankowaniu, teraz to już wiemy 🙂
Wesoło przejechaliśmy całe Bieszczady, stacji albo nie było albo były już zamknięte, eee spokojnie za granicą na pewno jest jakaś cywilizacja.
Byliśmy oczywiście w wielkim błędzie, tam też nie było tak łatwo o stację tym bardziej otwartą w nocy. Może gdybyśmy skierowali się na autostradę to coś by było. Ale terenowym samochodem na autostradę? Weselej i ciekawiej przez lasy.
Wskazówka nieubłaganie zbliżała się do momentu w którym zapala się jakiś ludzik celujący sobie pistoletem w głowę, do dziś nie wiem czemu akurat to oznacza rezerwę. My mijaliśmy kolejne wioski i miasteczka bez ani jednego dystrybutora. Mijaliśmy również jakieś miasta z kolejnymi zamkniętymi stacjami, ostatecznie trzeba by przy którejś rozbić obóz i czekać do rana aż otworzą. Przed granicą Słowacji i Węgier udało się znaleźć otwartą stację, mieli nawet paliwo i udało się zatankować.

Rumunia przywitała nas w zasadzie tak jak się spodziewaliśmy – PANDĄ.
Cyganie biegający i mówiący PAN DA, PAN DA.
Nie mylić Rumunów (mieszkaniec Rumuni) z Cyganem – tu tłumaczyć nie trzeba.
Na szczęście tak było tylko przy samej granicy jak wyskoczyliśmy sobie cyknąć fotkę przy znaku granicznym. Dalej było już tylko lepiej. Co wioska to ciekawsze domki przypominające pałace. Przed każdym pałacem ławeczka i siedzący na niej mieszkańcy owych pałaców – bynajmniej nie królowie a poczciwi staruszkowie prawie zawsze uśmiechnięci.

Krótkie zwiedzanie CMENTARZA – tak cmentarza co więcej … Wesołego Cmentarza w Sapancie, poczytać można o nim wszędzie więc nie będę się na ten temat rozpisywał.
015feb5b0af5d2bee2e3f88fc48516e3fc98615b3f
Następnie postanowiliśmy robić to po co tu przyjechaliśmy – OFF ROAD. Znalezienie odpowiedniego odcinka nie było problemem bo umówieni byliśmy tam ze znajomym który miał obcykane co i jak, udaliśmy się więc prosto w góry.

01bebc4acbc9989a427d99a9bad1ac8b5e2d7ff57e

Wodę to ja piję ale tylko ognistą i to prosto z Karpat

 Pokonując kolejne wzniesienia, przeszkody, błota, kamienie, ciesząc się pięknymi widokami lasu i gór wyjeżdżając z za kolejnego wzniesienia oczom naszym ukazało się kilka samochodów terenowych na Rumuńskich numerach wraz z ich właścicielami stojącymi z boku. Kiedy nas zobaczyli, zaczęli nerwowo machać rękami i krzyczeć…. kompletnie nic nie rozumieliśmy aż do momentu, w którym jeden z nich wykonał międzynarodowy gest – podniósł kieliszek! W tym momencie już wiedzieliśmy że nic nam nie grozi i jesteśmy bezpieczni.
Postanowiliśmy zatrzymać nasze auta i przywitać się z lokalesami. Okazali się tutejszymi drwalami którzy mają akurat wolny weekend i spędzają go podobnie jak my tylko w większej grupie. Po krótkiej wymianie uprzejmości pojawiła się butelka wody mineralnej (tak mi się przynajmniej wtedy wydawało). Ładna Rumuńska dziewczyna napełniła pół kubeczka bo widziała że po trudach wjazdu jestem spragniony, a że faktycznie byłem spragniony to długo nie myśląc prawie wyrwałem jej kubeczek z ręki i wychyliłem co tylko tam było. Woda jednak nie ugasiła mojego pragnienia w sposób w jaki się spodziewałem, poczułem za to przyjemne ciepło w gardle które rozchodziło się przez cały przełyk i powoli rozgrzewało moje wnętrzności. Wtedy właśnie się poznaliśmy … To była ONA: Palinka – bimber pędzony w Karpatach Rumuńskich. Mimo zapewnień lokalesów że u nich policja to nie łapie, nie skorzystałem z kolejnego kubeczka.
Dostaliśmy propozycję wspólnego ogniska, jedzenia, picia a nawet noclegu jeśli mamy ochotę. Pasażerowie uraczyli się jeszcze kilkoma kubeczkami Palinki, w związku z tym że grafik mieliśmy napięty ruszyliśmy dalej w góry na obiad.
Na drogę dostaliśmy jeszcze butelkę wspomnianego już lokalnego trunku.
Obiad gotowaliśmy niczym Makłowicz na szczycie góry z pięknymi widokami.

Ruszyliśmy powolnie w dół góry szukać sklepu w celu nabycia drogą kupna prowiantu na dzień następny.
Mając już prowiant na śniadanie i kolację trzeba szukać miejsca gdzie można tą kolację i śniadanie przygotować i spędzić czas pomiędzy nimi. Padła propozycja spędzenia nocy na kameralnym kampingu u „Francuza”. Myślę sobie zajebistą ma ksywkę koleś, no ale jak to często bywa tak i tym razem trochę daleki od prawdy byłem. Nazwali go tak nasi znajomi 2 dni temu, bo jest Francuzem 🙂
Fajny kamping, przyjazny Francuz przywitał nas nie czym innym a właśnie Palinką, to my w rewanżu poczęstowaliśmy go naszą. Impreza skończyła się tak, że ledwo do namiotu trafiliśmy. Całe szczęście, że rozstawiliśmy go już wcześniej.
Tak zakończył się nasz pierwszy dzień w Rumuni. Krótkie podsumowanie dnia:
Cygan to nie Rumun a Rumun to nie Cygan.

01ed64405bcd9139723ba3c00768fb7909bbf5c085
Poranek zaczął się od szukania tabletek na ból głowy ale to pewnie od spania w górach tak mnie bolała głowa, tej wersji się sztywno będę trzymał 😉 Ale to już drugi dzień więc, o tym następnym razem.

http://laura4x4.pl/wp-4iks4/rumunia-dzien-2-jak-oboz-to-tylko-cyganski/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *