Po przekroczeniu granicy Czarnogóry z Albanią i przejechaniu może 10 metrów kończy się asfalt a zaczyna się przyjemna szutrowa droga. Dookoła otaczają nas majestatyczne góry. Jeśli ktoś potrafi docenić piękno przyrody, cieszyć się widokami to w tym miejscu oczy się śmieją a serce raduje. Mi osobiście takie piękne miejsca dają dużo radości, dodają energii, mogę tam ładować swoje akumulatory.


W tym miejscu tak na prawdę dopiero zaczynała się nasza przygoda, byliśmy już w komplecie, 16 aut z Polskimi flagami przejechało przez Albańską granicę żeby cieszyć się takimi widokami, jeździć takimi drogami, zachwycać się lokalną kuchnią, poznawać zwykłych ludzi i ich zwyczaje. Chcemy zobaczyć wszystko, nie tylko to co można zobaczyć w nadmorskim kurorcie.
Tego dnia wybieramy się na nocleg w góry, a konkretnie Góry Przeklęte nazywane również Alpami Północnoalbańskimi – najwyższe pasmo gór Dynarskich.

Po drodze zatrzymujemy się w małym miasteczku żeby zapoznać się z lokalną kuchnią a zarazem posilić się na resztę drogi, czeka nas kilku godzinna wycieczka. Miasteczko bardzo małe a zarazem urokliwe, jedna uliczka, kilka restauracji, mały deptak. Po jednej stronie ulica, po drugiej strumień, w jednym miejscu małe przepiękne jeziorko.
Koza zjedzona, można ruszać dalej ;). Pomidory, papryka, cebula …. po prostu niebo w gębie, zapomniałem, że zwykłe warzywa mogą tak smakować, to czym jesteśmy karmieni w Polsce to nawet koło tych warzyw nie leżało :(.


Góry Przeklęte to bardzo dzikie tereny. Mimo, że dzikie to co jakiś czas zobaczyć można małą wioskę lub pojedyncze domy. W górach przy przepaściach co chwilę stoi krzyż. Każdy ma swoją historię, jeden oznacza wdzięczność za ocalone życie inny wręcz przeciwnie, upamiętnia kogoś kto zginął w tym miejscu. Każdy z nich przypomina, że nie ma tu miejsca na żarty i błąd, urwiska są wysokie, często pojawiają się wyrwy na skraju drogi. Na ziemi leżą głazy które również przypominają o ostrożności. Głazy nie zostały tam przyniesione przez ludzi, spadają z gór zwłaszcza podczas deszczu. Wtedy zwykła szutrowa droga potrafi zmienić się w rwącą rzekę. Przejeżdżamy przez brody, jeździmy korytami wyschniętych rzek. Cały czas trzeba obserwować pogodę, jadąc korytem takiej wyschniętej rzeki od momentu rozpoczęcia opadów w górach mamy jakieś 10 minut na ucieczkę. Za 10-15 minut to wyschnięte koryto które jest w tej chwili naszą drogą zmieni się w rwącą rzekę dla której nasze wielkie samochody nie będą przeszkodą.

Krzyż dotknięty znakiem czasu. Widać z której strony najczęściej wieje wiatr.

Zatrzymujemy się w kilku ciekawych miejscach, podziwiając widoki. Zapominamy już o tym co widzieliśmy przy granicy. Tamte widoki były piękne ale to co widać w Górach Przeklętych to coś jeszcze ładniejszego :). Piękne potoki, wysokie góry, inna roślinność, dźwięki cykad to wszystko uzupełnione zapachami czystej przyrody. Do tego swobodnie spacerujące konie, krowy, owce, kozy.

„Gdzie słyszysz śpiew – tam wchodź, tam dobre serca mają. Źli ludzie wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają”

Po kilku godzinnej podróży dotarliśmy do malutkiej wioski w pięknej dolince. Kilka domów oddalonych sporo od siebie, mały kościół i dużo wolnej przestrzeni.
Mogliśmy się rozbić u jednego z gospodarzy na podwórku, mieliśmy dostęp do wody, toalet i prysznica. O zasięgu telefonów mogliśmy zapomnieć, można było skorzystać z Wi-Fi i napisać do domów, że żyjemy i odezwiemy się może jutro, może za 2 dni jak gdzieś będzie zasięg. Po rozbiciu namiotów, delikatnym ogarnięciu się przyszła pora na kolację.
Każdy coś tam sobie robił we własnym zakresie, za to stoliki ustawiliśmy w jeden długi stół, część stolików miała różną wysokość ale czy ma to jakieś znaczenie? Usiedliśmy w 50 osób przy jednym stole. To był pięknie spędzony czas, z dala od cywilizacji, bez zasięgu telefonów, wszyscy ze sobą rozmawiali, cieszyliśmy się pięknymi okolicznościami przyrody, czystym powietrzem, podziwialiśmy ogromną ilość gwiazd widoczną w takim miejscu. Po takim wstępnie przyszła pora na wspólne śpiewanie, trafiliśmy w grupie 2 muzykalnie uzdolnionych, ale śpiewali praktycznie wszyscy. Śpiewaliśmy wspólnie dobre 3 godziny. Po jakimś czasie wyszedł gospodarz, był to starszy już pan, i patrząc na nas zaczął płakać. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Chwilę później pojawiła się jego córka która wytłumaczyła nam, że jej ojciec jest tak wzruszony tym co widzi, że nie może powstrzymać łez. To, że śpiewamy u niego na podwórku to dla niego oznaka, że jest dobrym gospodarzem, że my się u niego dobrze czujemy. Nie mylił się czuliśmy się tam na prawdę dobrze. Rano wszyscy wspólnie zjedliśmy śniadanie przygotowane przez gospodarzy. Świeżo pieczony chleb, własne sery, miód, dżem figowy, placki, herbata z wiadra :), mleko prosto od krowy.
W taki sposób poznaje się zwyczaje, kulturę i ludzi w obcych krajach. Śpiąc tam gdzie oni, jedząc to co oni, przebywając i rozmawiając z nimi. Nie zawsze można się z każdym dogadać, często mówimy przecież w innych językach, ale możecie wierzyć lub nie, na migi też można porozmawiać. Jeśli tylko obie strony chcą się porozumieć można przekazać sobie bardzo dużo informacji 🙂

Spakowaliśmy namioty, zostawiliśmy po sobie porządek i mamy nadzieje, że dobre wspomnienia, wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy w dalszą podróż. Gospodarz wraz z córką i wnukami żegnali nas. Córka i wnuki gospodarza machając i uśmiechając się. Starszy siwy pan znowu nie powstrzymywał łez i płakał. To był dla nas piękny wieczór i miły wzruszający poranek.
Już poprzednia podróż, do Rumuni przypomniała mi, że należy się cieszyć z małych rzeczy, pierwszy dzień a Albanii znowu to potwierdził.
Czy kolejny dzień nas czegoś nauczy? Może nas czymś zaskoczy? A może będzie to zwykły nudny dzień?

Świat jest zbyt wielki żeby przebywać w jednym miejscu


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *